krakturs1.jpgtottota.jpg patroni_medialni.gif

"Dryń... dryń... dryń... telefon!!! Takiej wiadomości się nie spodziewałam- moje marzenia zaczynają się spełniać. Wyjazd na Mazury z Toyotą... hura!!! 

Dnia 14 czerwca 2009 rano rozpoczęliśmy swą przygodę ja - Gabrysia z moją mamą oraz Iwona z bratem. Przywitała nas w Katowicach sama Pani prezes Fundacji "Iskierka" właśnie taka iskierka P. Jola jak zwykle uśmiechnięta i serdeczna. Również czekała na nas przygotowana do drogi piękna, ekskluzywna Toyota prezent od głównego sponsora naszej wyprawy na Mazury. Widząc to wszystko pełni optymizmu i chęci przeżycia wielkiej przygody wyruszyliśmy w drogę. Obydwie z Iwoną byłyśmy zachwycone, nawet nie przypuszczałyśmy, że już nas czeka atrakcja po drodze, bo P. Jola oznajmiła, że zatrzymujemy się na odpoczynek w stolicy. Oprócz odpoczynku zostaliśmy zaproszeni na pyszny obiad do restauracji z kuchnią włoską, gdzie próbowaliśmy różnych specjałów. Po chwili wytchnienia ruszyliśmy w dalszą podróż. Nie przypuszczaliśmy, że i Warszawa szykuje dla nas niespodziankę pomimo, że mieliśmy ze sobą GPS-a Warszawa nie chciała nas wypuścić ze swych granic miasta i cały czas kierowała nas na Stare Miasto. Obiecaliśmy jej, że w drodze powrotnej z Mazur wrócimy z powrotem do niej i znów się tutaj zatrzymamy tym razem na dłużej. P. Jola wpadła na genialny sposób żeby zastąpić GPS, więc postanowiła się uśmiechnąć i zagadać do przystojnych policjantów, aby nam wskazali dalszą drogę. No i udało się wreszcie wyjechaliśmy na trasę Białystok - Giżycko. 

O godz. 18.30 dotarliśmy do miejscowości Sztynort, gdzie przywitała nas piękna pogoda oraz  uśmiechnięty, opalony i pełen pogody ducha przystojny kapitan jachtu  Marina Tiga. Od razu wiedzieliśmy, że z takim kapitanem nasze marzenia muszą się spełnić. Następnie zostałyśmy oprowadzone po jachcie, który miał nam na te kilka dni służyć jako nasz dom. Gdy oglądałyśmy jacht nasze oczy robiły się coraz to większe, bo tak byłyśmy oczarowane jachtem oraz całą przystanią z dużą ilością jachtów tam cumujących. Po rozpakowaniu naszych bagaży na jachcie, kapitan Arek poczęstował nas pyszną herbatą zieloną, gdzie wodę gotował ok godziny :} więc czuliśmy się jak w prawdziwej dobrej herbaciarni, gdzie z wielkim namaszczeniem pije się herbatę i długo trzeba na nią czekać aż ją przyrządzą. Podczas picia herbaty, ciekawych rozmów i opowieści nie było końca nasz kapitan obiecał nam, że na śniadanie zaserwuje nam specjalną jajecznicę w swoim wydaniu, ale zorientował się że musimy wybrać się do Węgorzewa na zakupy, bo brakuje mu jajek na taką gromadkę ludzi. Więc o godz 22 czekała na nas jeszcze wyprawa samochodem po jajka na sławetną jajecznicę w wykonaniu samego kapitana. Do Węgorzewa dotarliśmy po 22 no i tu czekała nas następna niespodzianka,bo okazało się że wszystkie sklepy są już zamknięte tylko zostały jeszcze czynne sklepy z sieci " Alkohole Świata". Nasze miny zrzedły, że nie zjemy znakomitej Kapitańskiej jajecznicy, ale Arek nie dawał za wygraną i postanowił, że w dniu dzisiejszym musi znaleźć jakieś jajka więc tak czarował panie ekspedientki w tymże sklepie, że sprzedały mu jajka ze swoich zapasów na zapleczu ;)

Nasz kapitan ze śpiewem na ustach opuścił Węgorzewo, że uda nas mu się poczęstować na śniadanie jajecznicą w jego wykonaniu i cały uradowany wracał z nami z powrotem na jacht. Następnie po rozdysponowaniu nam miejsc do spania na jachcie i zrobieniu wieczornej toalety na przystani, zmęczeni ale bardzo szczęśliwi zasypialiśmy ciesząc się, że zaczynają nam się spełniać nasze marzenia o rejsie.Więc czekając z niecierpliwością na jutrzejszy dzień aby wypłynąć na jeziora - zasnęliśmy.

No tak na czczo rano nasze nozdrza tego nie wytrzymały... bo Arek nie dawał za wygraną i po całym jachcie rozchodził się przepiękny zapach przysmażanej cebuli i jak tu dalej spać skoro zapachy, które dochodziły z kuchenki jachtowej tak drażniły nasze zmysły, że sama ślinka ciekła, więc nie mogliśmy się już dłużej oprzeć temu zapachowi więc postanowiliśmy wstać i skonsumować obiecaną jajecznicę. Po zjedzeniu pysznego śniadania i porannej toalecie na przystani w Sztynorcie wyruszyliśmy jachtem na jeziora Mazurskie.Uśmiechnięci bo powitały nas Mazury piękną słoneczną pogodą więc wypłynęliśmy z przystani Sztynort na jezioro Łabab, następnie Kisajno przez Kanał Łuczański, gdzie mogliśmy zobaczyć jak działa most obrotowy, następnie dostaliśmy się na jezioro Niegocin do portu "Dalba" w Giżycku, gdzie kapitan zacumował jacht i udaliśmy się do ośrodka WOPR na pokaz ratownictwa przygotowany specjalnie dla nas i udostępniono nam abyśmy mogli obejrzeć i zaznajomić się jak wygląda praca ratownika na wodach jezior Mazurskich i jak do tego jest przygotowane nasze Polskie Ratownictwo Wodne. Mogliśmy również obejrzeć karetkę wodną przygotowaną do reanimacji i pomocy poszkodowanym. Byliśmy zauroczeni pokazem jak i przystojnymi ratownikami ;) Po pokazach i krótkim odpoczynku wróciliśmy z powrotem na jacht i wyruszyliśmy w dalszą podróż w promieniach słońca przy lekkim wietrze i rozwiniętych żaglach. Popłynęliśmy na jezioro Niegocin boczne, aby dostać się do małej przystani w Rydzewie, gdzie znów zacumowaliśmy nasz jacht aby udać się na pyszny obiad do zajazdu w lesie, w gospodarstwie agroturystycznym " u Jakubka", gdzie na łonie natury zjedliśmy smaczny posiłek. Następnie wróciliśmy z powrotem na jacht, aby popłynąć w dalszą podróż jeziorami, więc wróciliśmy na jezioro Niegocin boczne, następnie przez Kanał Wilkowski dostaliśmy się na jezioro Kirsajty i przez Kanał Piękna Góra dotarliśmy o godz 21 na postój do portu Łabędzi Ostrów, gdzie mogliśmy zobaczyć przepiękny zachód słońca. To co zobaczyliśmy  wprawiło nas w zachwyt, którego nie było końca. Po zacumowaniu jachtu zostaliśmy zaproszeni przez naszego kapitana na kolację przy ognisku na przystani, tym razem jego specjałem były zapiekane warzywa w ognisku w puszkach plus sałatka grecka jako zakąska...poprostu REWELKA!  Polecamy spróbować ale tak jak na Mazurach nigdzie taki specjał nie smakuje w wykonaniu tak wyśmienitego kucharza i przy muzyce jakiej zafundowały nam żaby swoim rechotem taki posiłek wspaniale smakował. Po skonsumowaniu całej zawartości kolacji wróciliśmy pełni wrażeń i z pełnymi brzuchami na jacht, gdzie przygotowaliśmy się do snu i nawet nie wiem kiedy zasnęliśmy po dniu pełnym przeżyć i wrażeń. 

Pobudka...! Chyba Mazury chciały nam pokazać jak wyglądają również w strugach deszczu i jak wygląda życie na jachcie jak z nieba pada deszcz, ale nam humory dopisywały pomimo takiej pogody, bo czekała nas znów podróż na wzburzonych wodach jezior. Nasz kapitan krzyknął "... płyniemy Łabędzim szlakiem na jeziorze Kisajno do Sztynortu następnie na jezioro Dargin, potem przez mosty Sztynordzkie przez jezioro Kirsajty na jezioro Mamry, aby następnie dostać się na jezioro Bodma przez Kalską Bramkę na jezioro Święcajły do Ogonki...". W Ogonkach mieliśmy postój na obiad, bo kapitan cała drogę opowiadał jakie wspaniałe tam rybki podają, więc P. Jola z moją mamą nabrały takiej ochoty, że stwierdziły że jeśli nie spróbują to nie płyną dalej ;) Więc pomimo strug deszczu jakie padały z nieba wszyscy pobiegliśmy do smażalni ryb "Sambor", gdzie w drzwiach powitała nas gospodyni i specjalistka od ryb Pani Irenka. Po pysznym obiadku, rozgrzani ciepłym posiłkiem i gorącą herbatą wróciliśmy na  jacht. Dalsze plany to było dostanie się na port Skłodowa nad Mamrami, aby tam zakotwiczyć i przespać na jachcie ostatnią noc, która zapowiadała się zimna, a wody na jeziorze groźnie obijały naszą burtę. O godz 22 dotarliśmy do portu, ale wszyscy już zmęczeni, bo dokuczył nam przez cały dzień podający deszcz i dość duża fala na jeziorach pragnęliśmy tylko wskoczyć do naszych ciepłych śpiworów i zanurzyć się w śnie... Spaliśmy tak mocno, że rano po przebudzeniu każdy zrobił duże oczy, że wychodząc rano z jachtu znaleźliśmy się na innym porcie. Po krótkiej toalecie i zjedzeniu ostatniego wspólnego śniadania przygotowanego przez kapitana specjalnie dla nas na pożegnanie udaliśmy się pakować swoje bagaże. Ostatni dzień przywitał nas pięknym słońcem aż żal było się żegnać i rozstać z Mazurami. Nadeszła chwila pożegnania a mnie na usta nasuwała się piosenka Piotra Szczepanika: " Kormorany", gdzie nuciłam sobie pod nosem, a w ukryciu ocierałam łzę w oku która się kręciła że to już  koniec przygody i marzeń. A słowa brzmiały tak: .... " Dzień gaśnie w szarej mgle, wiatr strąca krople z drzew szum kormoranów w locie splata się, pożegnał ciepły dzień, ostatni dzień w Mazurskich stronach, zmierzch z jezior żagle zdjął, mgieł porozpinał sto, szmer tataraku jeszcze dobiegł nas - już wracać czas... już wracać czas!!! 

Trzeciego dnia wyruszyliśmy w drogę powrotną, gdzie w samochodzie nastał wspomnień czas. P. Jola stwierdziła, że skoro Warszawa nas tak nie chciała wypuścić to do niej wracamy tym razem na troszkę dłużej. I faktycznie w drodze powrotnej znaleźliśmy się znowu w stolicy na Starym Mieście, gdzie P. Jola poleciła nam abyśmy spróbowali wspaniałych pierogów w pierogarni na Warszawskim Zapiecku. Po skonsumowaniu dużej ilości pierogów poszliśmy pozwiedzać Stare Miasto i jego zabytki. Aby osłodzić nasze smutne miny, że już wracamy do domu P.Jola zamówiła dla nas pyszne słodkie lody mmnniamm pychotka! Z naładowanymi akumulatorami i pełni optymizmu wróciliśmy do domu. Jednym słowem była to REWELKA - a te kilka dni pobytu na Mazurach, które pozwoliły mi i mojej mamie oderwać się na chwilę od rzeczywistości dnia codziennego dzięki wspaniałym i dobrodusznym ludziom, którzy rozumieją drugiego człowieka i chcą mu nieść radość. Więc wszystkim sponsorom tego wyjazdu BARDZO DZIĘKUJEMY!!! 

Gabrysia z Mamą 

Szczególne podziękowanie należą się:

* Pani Joli Czernickiej - prezes Fundacji Iskierka ( która jest najwspanialszym opiekunem, ciepłym człowiekiem, kobietą o wielkim sercu, która wymyśliła ten projekt i z całym zespołem fundacji wybrała moje marzenie :)

* Całej Fundacji Iskierka i wszystkim ludziom tam pracującym za pomoc w przygotowaniu tego wyjazdu oraz wybranie naszego marzenia-są to ludzie którzy posiadają" wielkie serducha" i pamiętajcie należy nisko przed nimi chylić czoło bo są tego warci:)

* Panu Jerzemu Czajce z Toyoty za wypożyczenie super ekskluzywnego samochodu z pełnym bakiem paliwa :)

* Kapitanowi jachtu Panu Arkadiuszowi Wach za ciepłe przyjęcie na jachcie, że potrafił wnieść do naszego życia przez te kilka dni całą dozę optymizmu i pokazał, że nie należy się poddawać przeciwnościom życia

* Przystojnym Ratownikom WOPR z Giżycka Karolowi, Bogdanowi, Mariuszowi, którzy zaprosili nas do swojej jednostki i zorganizowali specjalnie dla nas pokaz ratownictwa  medycznego na jeziorach Mazurskich"