Na początku sierpnia 2014 r., w ramach projektu: „Z Toyotą w Świat” i dzięki wsparciu firmy Czajka – Auto Sp. z o.o. spełniliśmy marzenie jednej z naszych podopiecznych – Kasi Bielińskiej – odwiedzenia i podziwiania jak największej ilości zamków krzyżackich za jednym razem. Oto jak Kasia relacjonuje ten czterodniowy wyjazd:

„I stało się…

Nastał ów długo i niecierpliwie wyczekiwany dzień – „Iskierkowego” wyjazdu na podbój zamków Krzyżackich.

We wtorek 05.08.2014 r. pod mój dom zajechał szykowny samochód, który to przez najbliższe dni miał nam służyć jako środek lokomocji. Pan Michał, przedstawiciel Fundacji ISKIERKA, przywitał nas szerokim uśmiechem i z otwartymi ramionami. Tak więc, nie namyślając się długo, spakowałam do pojazdu bagaże, siebie i Pawła – mojego przyjaciela i współtowarzysza podróży. Od tego momentu zaczęła się nasza wspólna przygoda.

Pierwszym przystankiem na naszej drodze był Toruń i to od niego rozpoczynaliśmy tę jakże ekscytującą podróż. Zwarci i gotowi ruszyliśmy z kopyta by eksplorować krzyżackie fortyfikacje oraz poznawać nowe zakątki Polski. I chociaż wóz nasz nie był ciągnięty przez przepiękne i umięśnione rumaki, to wyśmienicie spisywały się konie mechaniczne, które nadawały mu moc. To m. in. te konie pod maską naszej Toyoty przyczyniły się do tego, że droga, choć długa. minęła stosunkowo szybko. Byłabym nieuczciwa, gdybym nie zaznaczyła, że i miłe towarzystwo odegrało tu ogromną rolę, choć niektórzy i tak większość czasu spędzili w krainie Morfeusza.

Po dotarciu do Torunia zameldowaliśmy się w niezmiernie klimatycznym hostelu, który to stylizowany jest na wzór XIX-wiecznego dworca kolejowego. Po rozlokowaniu się w pokojach i odłożeniu bagaży, jako rządni przygód turyści wyruszyliśmy na miasto. Co prawda pierwszym celem naszego zwiedzania był obiad, jednak każdy rozumie, że z pustym żołądkiem… Niemniej jednak całe popołudnie spędziliśmy bardzo owocnie. Spacer brzegiem Wisły otwierał nasz rekonesans po mieście. Stare miasto przeszliśmy wzdłuż i wszerz, chyba nawet dwa razy. Odwiedziliśmy Zamek Krzyżacki, podziwialiśmy mury obronne miasta, a nawet podpieraliśmy słynną Krzywą Wieżę, czyli średniowieczną basztę obronną, która swą nazwę zawdzięcza dość znacznemu odchyleniu od pionu – 1.4 m. Swoją drogą, to chyba musimy tam wrócić, bo coś mi się zdaje, że bez naszego wsparcia to ta wieża długo już nie postoi. Dużo uwagi poświęciliśmy również podziwianiu cudownych toruńskich pomników. Odwiedziliśmy Pomnik Flisaka, Osiołka (pręgierz), Toruńską Przekupkę oraz Piernikarkę, która rozochociła nasze podniebienia na słynne toruńskie pierniki. Udało nam się również odwiedzić pomnik Kargula i Pawlaka, postaci z klasyki polskiego kina. I chociaż znak wskazujący drogę na ich ukochane Krużewniki był bardzo zachęcający, to jednak postanowiliśmy, że udamy się tam następnym razem. Oczywiście odwiedziliśmy również, a może przede wszystkim, najbardziej rozpoznawalny toruński pomnik: Mikołaja Kopernika. Na sam koniec dnia udało nam się nawet załapać na koncert odbywający się na rynku nowomiejskim. Jednak dość ciężki gatunek muzyki, jak i dopadające nas zmęczenie sprawiło, że, powłóczywszy nogami, udaliśmy się w stronę miejsca naszego odpoczynku.

Następnego dnia, wypoczęci i pełni entuzjazmu postanowiliśmy głębiej odkrywać bogactwa pięknego Torunia. Pierwszym punktem było Muzeum Podróżników im. Tony’ego Halika, które to jeszcze bardziej rozbudziło w nas ducha odkrywcy. Zaczęliśmy więc dość ambitnie, gdyż od Planetarium i interaktywnej wystawy „Orbitarium”, gdzie poprzez eksperymenty i doświadczenia mogliśmy poznać zjawiska i procesy zachodzące we wszechświecie. Utrzymując orbitalne klimaty postanowiliśmy odwiedzić Dom Mikołaja Kopernika; zobaczyć jak mieszkał i gdzie pracował nasz słynny astronom, który to wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię. Po umysłowych wysiłkach nastał czas by się nieco zrelaksować, no i w końcu poznać i zasmakować w toruńskich piernikach. Najlepszym ku temu miejscem było Muzeum Toruńskiego Piernika, gdzie też ochoczo się udaliśmy. Po drodze dostrzegliśmy przesympatyczny pomnik Psa Filusia. Filuś w pysku trzyma melonik swojego pana profesora Filutka oraz pilnuje jego parasol oparty o uliczną latarnię. Cała ta figura aż się prosiła, żeby zrobić sobie z nią zdjęcie. Więc się skusiliśmy. Obudziły się w nas małe dzieci i tak jak one zaczęliśmy pozować przed obiektywem. Jednak onieśmieleni kolejką, która ustawiła się tuż za nami, ruszyliśmy dalej w kierunku muzeum.

Toruńskie Muzeum Piernika bezapelacyjnie przypadło nam do gustu. Poznaliśmy tajniki wyrobu piernikowego ciasta oraz historię sławetnych Toruńskich Pierników. Wszystko to w sposób miły, zabawny i łatwy do zapamiętania. Sami również mieliśmy sposobność wypieku przepysznego piernika. Nie obyło się również bez zakupu smakowitych podarków dla najbliższych, których pozostawiliśmy w domu.

Po nacieszeniu umysłu i kubków smakowych nastał czas na nacieszenie naszych pięknych oczu. Posłużyła nam ku temu Wieża Ratuszowa, z której rozpościerał się cudowny widok na miasto. Spędziliśmy tam dość dużo czasu podziwiając panoramę Torunia z każdej z czterech stron świata. Przegoniła nas dopiero późna pora i konieczność ponownego udania się do Planetarium, na wcześniej już zaplanowany seans pt. „Makrokosmos”, opowiadający o powstawaniu, życiu i schyłku wszechświata. To był punkt kulminacyjny naszego toruńskiego zwiedzania. Nastał czas na zmianę. I tak z lekkim żalem i nostalgią rozstaliśmy się z Toruniem i ruszyliśmy ku nowym wrażeniom w dalszą podróż. Podróż, która zaprowadziła nas do miejscowości Gniew, gdzie znajdowała się kolejna gotycka twierdza, a i gdzie czekał na nas zasłużony wypoczynek. Nim jednak udaliśmy się na spoczynek, jak na porządnych turystów przystało, zdążyliśmy poznać najbliższą okolicę i zorientować się co, gdzie, i jak. Zaś naszą największą uwagą cieszyła się ogromna szachownica, umiejscowiona na placu przed zamkiem. Oczywiście nie obyło się bez rozegrania kilku partii. I choć nie dane mi było wygrać z panami, to przyznać muszę, że nie oddałam zwycięstwa tak łatwo. Po szachowych potyczkach nadszedł czas na porządny sen. Musieliśmy nabrać sił, gdyż kolejny dzień zapowiadał się bardzo obiecująco.

Przyznać muszę, iż rozkosznie było poczuć się jak księżniczka spędzając noc w Pałacu Marysieńki w kompleksie zamkowym, kiedy to po przebudzeniu mym oczom ukazał się widok wspaniałego Gniewskiego zamku. Dzień zapowiadał się na pełen wrażeń i taki też był. Zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy w drogę do Malborka. Za cel obraliśmy sobie nic innego, jak oczywiście słynny Zamek Krzyżacki. Już sam jego widok był powalający. Monumentalna ceglana budowla wzniesiona nad brzegiem Nogatu już z daleka zapraszała do swego wnętrza. Na zamku spędziliśmy chyba pół dnia. Samo zwiedzanie z przewodnikiem trwało trzy godziny. Surowe kształty, przepiękne sale, tajemnicze przejścia, nietuzinkowe jak na ówczesne czasy rozwiązania architektoniczne oraz interesujące wystawy i ekspozycje zachwycały nas na każdym kroku. Do tego nasze wrażenia pogłębiane były przez ciekawe opowieści pani przewodnik. Jednak, jako że ambitni z nas turyści, na tym nie poprzestaliśmy. Dodatkowo odwiedziliśmy zamkową wieżę, skąd rozpościerał się przepiękny widok na Malbork i pobliskie miejscowości. Zwiedziliśmy zamkowe ogrody, zawitaliśmy do zamkowego młyna, odwiedziliśmy miejsce spoczynku wielkich Mistrzów Zakonnych i splądrowaliśmy fosę. Cała ta eskapada była niezmiernie ciekawa i pouczająca. Dowiedzieliśmy się, że w 1997 roku Zespól Zamkowy w Malborku wpisano na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO i że jest to „największy gotycki zespół zamkowy na świecie, o powierzchni ok. 21 hektarów i łącznej kubaturze budynków przekraczającej ćwierć miliona metrów sześciennych. Uważany jest za największą budowlę ceglaną wzniesioną rękami człowieka”.

Po długich zamkowych wędrówkach, głodni i zmęczeni udaliśmy się na posiłek. Po drodze do lokalu zdążyliśmy zahaczyć o malborski deptak, na którym znajdowała się przesympatyczna fontanna. I znów, się stało… obudziło się w nas nasze wewnętrzne dziecko, i, tak jak i ono, nie mogliśmy sobie odmówić zanurzenia chociażby dłoni w wytryskającej ku niebu wodzie.

Naszej uwadze nie umknął również realistyczny posąg króla Kazimierza Jagiellończyka, dziarsko dosiadającego swego rumaka. Zdawałoby się, że wrażeniom nie ma końca. Dzień zbliżał się ku wieczorowi. My jednak nie odpuszczaliśmy. Syci i nieco wypoczęci postanowiliśmy odwiedzić kolejną krzyżacką rezydencję. Nieopodal Malborka, w Sztumie, znajdował się warowny zamek, który stał się kolejnym punktem na naszym szlaku. W drodze na miejsce nieco pobłądziliśmy, ale czymże byłaby przygoda bez nieplanowanych niespodzianek . Sam zamek, a raczej to, co po nim pozostało czyli bardzo niewiele, delikatnie nas rozczarował. Czuliśmy niedosyt. Rekompensatą tego było poznanie paru członków Bractwa Rycerzy Ziemi Sztumskiej, którzy przedstawili nam po krótce zarys historyczny wspominanego wcześniej obiektu. Nieco bardziej usatysfakcjonowani udaliśmy się dalej, natrafiając na figurę z brązu, przedstawiającą końską rodzinę. Jest to pomnik upamiętniający i przedstawiający historię sztumskich koni. Sympatyczny spacer nad jeziorem Sztumskim był bardzo miłym akcentem przed opuszczeniem tamtejszych okolic.

Udaliśmy się więc z powrotem do Gniewa, gdzie nocowaliśmy. Na miejscu nie obyło się oczywiście bez kolejnej partii szachów. Po kolacji i kąpieli jakiś chochlik nas pokusił i udaliśmy się na kolejny spacer. Nocną już porą przemierzaliśmy klimatyczne alejki Gniewa, a że miejscowość to niewielka, szybko znaleźliśmy się z powrotem na terenach zamkowych. Noc była piękna i ciepła, co sprzyjało miłej konwersacji. No, ale cóż, spać też trzeba, by mieć siły na kolejne wojaże, więc w końcu udaliśmy się do komnaty na zasłużony spoczynek.

Nastał nowy dzień. Niestety był to już ostatni dzień naszej podróży. Było nam bardzo przykro z tego powodu. Nasz smutek chyba przeniósł się także na pogodę, bo i niebo coś poszarzało. Jednak, zamiast martwić się tym, co nieuchronne, postanowiliśmy owocnie wykorzystać czas, który nam pozostał. Rozpoczęliśmy od wycieczki przyrodniczej; ponad półgodzinny rejs gondolką po Wiśle pozwolił nam zobaczyć Gniew od całkiem innej strony. Panorama miejscowości z zamkiem w tle = to było coś, czego nie mogliśmy przegapić. Po sympatycznej wycieczce udaliśmy się na zwiedzanie tej przepięknej budowli. Wstydem byłoby nocować w zamkowym kompleksie, a samego zamku nie zwiedzić. Więc po raz kolejny, rządni wiedzy i emocji, ruszyliśmy eksplorować krzyżacką fortyfikację. Gniewski zamek nas nie rozczarował. Mimo iż zwiedzania wiele nie było, za to atrakcji nie brakowało. Wykwalifikowany personel w sposób zabawny i interesujący przedstawiał historię zamku i ludzi z nim związanych. Oprócz tego uczestniczyliśmy w spektaklu poświęconym bitwie pod Grunwaldem. Emocji przysporzyło nam również multimedialne widowisko „Wakacje z Duchami” przenoszące nas do nieistniejącego świata duchów, próbujących w jak najbardziej realistyczny sposób opowiedzieć nam swoją historię związaną z gniewską twierdzą. Obiekt opuściliśmy zadowoleni i pełni pozytywnych wrażeń. Niestety było to już ostatnie chwile spędzone w tym jakże miłym miejscu.

Ruszyliśmy w dalszą drogę. Drogę, która zaczęła prowadzić w kierunku domu. I choć powoli ogarniała nas nostalgia, nie odmówiliśmy sobie wizyty w jeszcze jednym zamczysku. Tak oto zawitaliśmy do Kwidzyna. Tamtejszy zamek, choć nie tak monumentalny jak ten w Malborku, urok swój posiadał. Oprócz pięknych komnat i korytarzy mieliśmy okazję obejrzeć kilka ciekawych ekspozycji;  narzędzia kar i tortur (XVI – XVIII w.), rzemiosło artystyczne (XV – XX w.), rzeźba barokowa z terenu Pomorza, kultura ludowa Dolnego Powiśla, przyroda Polski północnej. Wszystkie te atrakcje cieszyły oko, były bardzo ciekawe i pouczające. Niestety, komu w drogę, temu czas. Teraz przed nami była już tylko droga i perspektywa powrotu do domu. Aż żal ściskał serce.

Na koniec rzec muszę, a mówię to z czystym sumieniem, że nie zmarnotrawiliśmy czasu, który był nam dany. Z całej wyprawy wróciliśmy zadowoleni, pełni wiedzy, wrażeń i emocji.

Żałować można tylko jednego; czemu tak krótko!

Chciałabym jeszcze serdecznie podziękować moim Dobrodziejom: Fundacji ISKIERKA oraz Czajka – Auto Sp. z o. o. – Dealerowi Toyoty. Sprawiliście, że oderwałam się od codzienności związanej z chorobą i leczeniem. Zobaczyłam i poznałam wiele ciekawych i ekscytujących miejsc. Przywiozłam ze sobą ogromny bagaż pięknych wspomnień i pozytywnych emocji. To wszystko daje siłę do stawiania czoła kolejnym dniom i przeciwnościom losu. Dziękuję!

Dziękuję także Panu Michałowi, dzięki któremu dojechałam, przetrwałam i wróciłam cała i zdrowa. Sprawił on, że każdy dzień był ciekawszy od poprzedniego.

Dziękuję też Pawłowi, mojemu przyjacielowi, który jest dla mnie podporą, i dzięki któremu uśmiech nie schodził mi z twarzy. Dobrze, że jesteś!

DZIĘKUJĘ!!!

Partner Projektu: