Podopieczny zabrzańskiej Kliniki – Paweł Mijal zaprasza na relację z kolejnego obozu w Zalesiu Górnym k/Warszawy:

W niedzielę 17 czerwca 2007 roku spod zabrzańskiej Kliniki Pediatrii, Hematologii i Onkologii Dziecięcej wyruszyła grupa obozowiczów (na czele z panią Mariolą Czernohorską, pracowniczką Fundacji Iskierka). Najpierw do Katowic-Ligoty – pod tamtejszym szpitalem dołączyła do nas reszta grupy – a potem do Zalesia Górnego, do ukrytego w lesie Pałacyku – Domu Spełnionych Marzeń. Powitali nas gorąco szefowie Fundacji Spełnionych Marzeń – państwo Tomasz i Małgorzata Osuchowie, oraz „organizatorki naszego czasu” – pani Magda i pani Marta. Poznaliśmy również Kubę i jego tatę – obozowiczów z Łodzi, którzy byli na miejscu wcześniej. Pogoda tego dnia była piękna, więc po posiłku udaliśmy się do przydomowego basenu. Później nadszedł czas pożegnania z panem Tomkiem i panią Małgosią, i po kolacji (nie od razu, oczywiście) udaliśmy się do łóżek. Poniedziałek spędziliśmy ćwicząc jogę pod okiem pani Magdy, a po pysznym obiedzie i popołudniu spędzonym na terenie domu oraz spacerze po Zalesiu mieliśmy gościa – mima. Przez prawie dwie godziny (a może nawet dłużej) zabawiał nas sztuczkami, w których mogliśmy brać udział. Podziękowaliśmy mu kolacją, zrobioną przez nasze kochane mamy.

 We wtorek pojechaliśmy znajdującymi się przy domu dwoma samochodami do stadniny koni w miejscowości Wojciechowice. Podobno swoje „rumaki” mają tam niektóre polskie gwiazdy. Choć nie spotkaliśmy żadnej z nich, a pogoda nie była zbyt ładna, to i tak świetnie się bawiliśmy, a kontakt z tymi wspaniałymi zwierzętami dał nam dużo przyjemności i radość. Po obiedzie z „ciocią Kredką”, czyli panią Magdą malowaliśmy parami obrazy na szkle, których tematem były właśnie konie. Choć nie jesteśmy artystami, zostaliśmy pochwaleni za nasze prace. Dzięki całkiem ładnej pogodzie w środę przejechaliśmy się na rowerach do pobliskiego lasu. Po drodze zatrzymaliśmy się przy pięknym koniu, którego mieliśmy okazję nakarmić, a później dotarliśmy do pani Najsztub, u której było mnóstwo wielkich, włochatych psów służących do dogoterapii – sposobu leczenia dzięki kontakcie ze zwierzętami. Było bardzo miło. Po obiedzie i baaardzo długiej kąpieli w basenie pojechaliśmy do Zalesia (dom znajduje się na uboczu), gdzie obejrzeliśmy pub „U Stefana” znany z popularnego serialu telewizyjnego oraz zjedliśmy pyszne lody i zrobiliśmy małe zakupy. Po powrocie muzykowaliśmy z ciocią Martą i ciocią Magdą. Każdy z nas dostał ciekawy, „kuchenny” instrument, na którym graliśmy, aż się dom zatrząsł. Oczywiście było również śpiewanie. Spędziliśmy to popołudnie bardzo fajnie.

Czwartek był dniem, w którym udaliśmy się do Warszawy. Po ominięciu miejskich korków dotarliśmy do Pałacu Kultury i Nauki – jednego z najpopularniejszych budynków w Polsce. Wyjechaliśmy windą na Taras Widokowy PKiN, z którego roztaczał się widok na całą Warszawę i najbliższą okolicę! Widzieliśmy z niego również Stare Miasto, do którego niebawem się udaliśmy. Spod Zamku Królewskiego wyruszyliśmy „ciuchcią” dookoła części Warszawy. Widzieliśmy m. in. Pałac Prezydencki, pomnik Nike, budynki niektórych ministerstw i Polską Wytwórnię Papierów Wartościowych. Później udaliśmy się na Rynek Starego Miasta, obejrzeliśmy pomnik Warszawskiej Syrenki, a po krótkim oczekiwaniu poszliśmy na obiad do Pizza HUT. Na deser zjedliśmy pyszne lody włoskie, a potem nastąpił najmniej miły moment – musieliśmy pożegnać panią Mariolkę, gdyż wracała ona na Śląsk. Po powrocie do Domu Spełnionych Marzeń wykąpaliśmy się w basenie, a wieczorem piekliśmy (i, rzecz jasna, jedliśmy) kiełbaski na ognisku, podczas którego panie (te małe i te większe) zrobiły sobie aerobik przy muzyce pochodzącej głównie z lat 70 i 80.

W piątek byliśmy w domu. To właśnie tego dnia korzystaliśmy najwięcej z piwnicy, gdzie umiejscowiona jest świetlica z mnóstwem zabawek, gier, przyrządów do malowania, itp., a także sala z dwoma komputerami i konsolą PlayStation. Po południu w domu pojawili się państwo Osuchowie, aby wspólnie z nami zjeść pyszne, przygotowane przez nasze mamy, mięsko z grilla, a także wykonać pamiątkowe zdjęcia i wręczyć nam wspaniałe prezenty od Fundacji. Oczywiście my podziękowaliśmy za gościnność, przekazując na ich ręce pracę wykonaną przez dzieci i rodziców. Na ostatnią noc dziewczyny i młodsi chłopcy zostali pomalowani w ciekawe wzory, rośliny i zwierzątka. Niestety, sobota była dniem pożegnania :( Rozstaliśmy się w smutku z paniami Martą i Magdą i oczywiście z Domem Spełnionych Marzeń. Po kilkugodzinnej jeździe dotarliśmy na Śląsk, gdzie sami się roztaliśmy i powracaliśmy do domów.

Chociaż był to już mój drugi obóz, to podobało mi się bardzo, a dom mnie poraz kolejny zachwycił. Takich przygód można doznać tylko z Fundacją Iskierka i Fundacją Spełnionych Marzeń. 

Paweł Mijal